Stanisława Makaruk z d. Kędracka, ur. 1932 r., zam. Horodyszcze
Z rodzicami, braćmi Józefem i Marianem oraz dziadkami mieszkaliśmy z dala od wsi, na kolonii Górka, pod Polubiczami. Z czasów dzieciństwa, jeszcze przed wojną, pamiętam Żyda o imieniu Mejor. Przychodził do nas, bo sprzedawał różne rzeczy: śledzie, igły, pastę do butów (zwaną wtedy chramuliną). Cały swój „sklep” nosił w jednym worku. My, jak to dzieci, lubiliśmy mu dokuczać, biegaliśmy wkoło niego krzycząc: Żydzie, Żydzie, niedowiarku, twoja dusza na kantarku… Nigdy się na nas nie złościł, uśmiechał się tylko. Przychodził z Wisznic, a kiedy wracał, w lasku przy granicy, w Klimkowiczowych krzakach zbierał suche gałązki, patyki, brał na plecy i niósł do domu na opał.
Czasem jeździłam z tatem do ciotki do Wisznic. Moi młodsi cioteczni bracia Gienek i Zbyszek często chodzili, jak mówili, na jody do Fjymy. Raz wzięli i mnie. Żydówka Fryma, która wyrabiała lody, mieszkała przy dzisiejszej ulicy Warszawskiej, gdzieś w okolicy starego budynku gminy. Pamiętam, że za lody nie musieliśmy płacić, bo lodziarka rozliczała się z ciotką biorąc od niej jajka czy mleko.
Wzdłuż ulicy Warszawskiej stały żydowskie domy, byle jakie, jak szałasy. Przed nimi na schodkach często siedziały stare Żydówki w takich jakby turbanach na głowie.
Przy ulicy Krótkiej mieszkał Herszko. Był powroźnikiem, czyli wyrabiał postronki i sznurki do powęzowania zboża. Widziałam tam duże koło z korbą, którą trzeba było obracać, żeby skręcać sznury.
Herszko dobrze znał się z moim tatem. Jak się zaczęła wojna, przywiózł do nas trzy duże zawiniątka. Tato schował je na strychu i zakazał nam, dzieciom, zaglądać tam i komukolwiek o tym mówić. Po jakimś czasie Żyd przyjechał po swoje rzeczy. Rozwiązywał te tłumoki, grzebał w nich, a na koniec powiedział, że wszystko jest. Zabrał wszystko i pojechał. Nie wiem, co się potem z nim działo.
Dzieci Herszka to były córki Blima i Chana oraz Hela (lub Gela) – syn. W czasie okupacji ukrywali się w ziemiance na horodyskim polu, gdzieś pod Kudrami. Razem z nimi był Szyja Len z Paszenek, starszy od nich, ich krewny. Blimę zastrzelili „tajniaki” – tak mówiło się na Polaków współpracujących z Niemcami. Dziewczyna była w domu stojącym na miejscu dzisiejszego gospodarstwa Kołodziejów (Horodyszcze, kol. Wolność). Kiedy zobaczyła przez okno, że zbliża się ktoś obcy, wzięła koszyk i wyszła z domu w kierunku pola. Jednak „tajniaki” zobaczyli ją i zastrzelili, pomiędzy chlewikiem a stodołą.
Przez jakiś czas ukrywający się Szyja, Chana i Hela przychodzili do domu moich rodziców (Jana i Weroniki) i dziadków (Piotra i Marianny Kędrackich), zwykle późnym wieczorem. Babcia stawiała w kuchni lampę naftową trzeci numer, która dawała tylko tyle światła, co świeczka. To był sygnał, że mogą przychodzić, bo nikt z zewnątrz nie mógł ich zobaczyć. Delikatnie otwierali drzwi, cicho wchodzili, sprawdzając, czy nie ma nikogo obcego. Babcia dawała im to, co było w domu: jakąś zupę, kaszę czy mleko. Pamiętam, że kiedyś zjedli nawet pozostały od rana krupnik, w którym pływały muchy. Zawsze dostawali też bochenek chleba, czasem ser, słoninę czy jajka. Potem przestali przychodzić. Podobno przeżyli wojnę i dzieci Herszka wyjechały za granicę.
Szyja Len pozostał w Paszenkach i ochrzcił się, przybierając imię Szymon. Ówczesny proboszcz zażądał, żeby były dwie pary rodziców chrzestnych. Jednym z ojców chrzestnych został mój cioteczny brat, Józef Hurko. Jakiś czas później spotkałam Szymona w domu Hurków i zaciekawiło mnie, ile on ma lat. Spytałam go, a on odpowiedział: Lepiej, żeby ty mnie w mordę dała, niż takie pytanie. Bo jak ja ci powie, że mam trzy lat, to ty się będziesz śmiała. Swoje życie liczył na nowo od momentu chrztu. Ożenił się najpierw z dziewczyną z Łyniewa, a kiedy zmarła – z drugą, z Kolana. Mieszkał i prawdopodobnie zmarł w Paszenkach.
Żydów z Horodyszcza nie pamiętam. Wiem tylko, że podczas okupacji uczyłam się w chałupie zwanej Zelmanówką. Przed wojną należała do Żyda Zelmana i stała przy obecnej ulicy Partyzantów, na części obecnej posesji pp. Góreckich.
Mój mąż Aleksander Makaruk (ur. w 1930 r.) opowiadał, że przez Horodyszcze jeździł furmanką Żyd i sprzedawał gliniane garnki i dzbanki. Jeden z wiejskich chłopaków, Stasiek Klimkowicz (zginął potem w Oświęcimiu) często urządzał sobie „zabawę”, rzucając kamieniami i tłukąc naczynia. Żyd znosił to dość spokojnie, wołał tylko: Ty, Stasiek, ja ciebie znam…
Inny handlarz żydowski, nazywany we wsi Jajcze, jadąc przez wieś krzyczał: Kury, jajka! Kury, jajka! Skupował jaja i kury.

